„Chcesz obrazić kobietę, nazwij ją prostytutką. Chcesz obrazić mężczyznę, nazwij go kobietą”, czyli o książce, którą każda feministka przeczytać powinna.

Dlaczego feministki powinny przeczytać książkę Amandy Montell „Wordslut: A Feminist Guide to Taking Back the English Language”?

Nie, nie dlatego by przestać być feministką. Wręcz przeciwnie. Książka ta dostarczy feministkom argumentów i może odrobinę ucywilizuje feministyczną dyskusję w naszym kraju.

Niestety do tej pory próba rozmowy z najbardziej rozpoznawalnymi przedstawicielkami środowiska w Polsce musiała być często poprzedzona zaopatrzeniem się w suspensor i ochraniacz na zęby, gdyż człowiek nie wiedział w którą partię ciała pójdzie atak.

Tymczasem autorka, w sposób lekki, z dużą swadą i urokiem, inteligentnie i, co najważniejsze, w oparciu o fakty przyprawione gruntowną wiedzą uzasadnia, że język którym się posługujemy jest wyrazem podporządkowania płci żeńskiej płci męskiej.

I cóż… przekonała nas.

„Chcesz obrazić kobietę, nazwij ją prostytutką. Chcesz obrazić mężczyznę, nazwij go kobietą.”

Rzecz jest oczywiście o języku angielskim, ale podczas lektury, automatycznie umysł znajduje polskie odpowiedniki (jeśli w ogóle jest to potrzebne).

W zasadzie po kilkunastu stronach można się złapać na myśli, że autorka pisze o rzeczach oczywistych, nad którymi po prostu nigdy głębiej się nie zastanawialiśmy.

Książka jest przy tym świetnie napisana, a stałe zainteresowanie podtrzymują różne językowe ciekawostki, jak ta, że słowo „dick” w czasach Szekspira oznaczało każdego mężczyznę, by w XIX w. określać już tylko jego konkretną część, albo wprowadzająca w tematykę etymologia słowa „bitch”, które przed dziewięcioma wiekami oznaczało po prostu genitalia, bez rozróżnienia płci(1).

Autorka nie ogranicza się do opisu znaczenia słów, ich pochodzenia, kontekstu i przeróżnych sytuacji w których są używane.

Równolegle toczy się rozprawa o kobiecie i jej pozycji w społeczeństwie. O sexie, gender, płciowości, o mniejszościach seksualnych nie tylko na Zachodzie, ale i różnych egzotycznych społeczeństwach. Fakt, iż w Indiach oficjalnie funkcjonuje trzecia płeć jest dość powszechnie znany, ale to, że istnieją kultury rozróżniające pięć płci to już spora niespodzianka.

Tego rodzaju przytaczane przez autorkę fakty skłaniają do wyciągania ciekawych wniosków.

Wszystko to stanowi jednak tylko obudowę rdzenia książki, którym jest język.

Autorka zauważa, że specjalistów z jej dziedziny nie interesuje zagadnienie „jak należy mówić”, tylko „jak się mówi”. I dlaczego właśnie tak.

Czy osobę homoseksualną można rozpoznać po sposobie mówienia? Autorka udziela odpowiedzi.

Czyj głos (żeński oczywiście) wybrano najmniej sexownym? Zapewniamy, że znacie wszyscy tą panią.

Z tego co nam Google oznajmiło, nie ma polskiego przekładu i nie bardzo żałujemy. Autorka używa bowiem w książce wszystkich powszechnie używanych wulgaryzmów, dosłownie. Wielokrotnie napotykamy najordynarniejszego słowa i zwroty (w końcu o tym książka jest), z jednym wyjątkiem. Owym rodzynkiem jest w dodatku raczej wątpliwy wulgaryzm. Mianowicie N-word, wspomniane jest wyłącznie jako N-word.

Dlaczego nie martwi nas brak polskiego przekładu?

Odwołajmy się do przykładu serialu „South Park”. Ostatnie jego sezony to niestety porażka. Ani inteligentne, ani zabawne, jeśli punktem odniesienia są wcześniejsze dokonania duetu autorów. Jednak pierwsze sezony to był majstersztyk. W sposób inteligentny piętnowano w nich obłudę różnych środowisk politycznych, społecznych i kulturalnych.

Kilkukrotnie zauważyliśmy, że polskie media nie raczyły poinformować, lub robiły to z opóźnieniem, o jakiejś kwestii natury społecznej bądź kulturowej, angażującej opinię publiczną USA. Tymczasem autorzy SP zdążyli już poświęcić danemu problemowi odcinek, choć przecież taki epizod nie powstaje z dnia na dzień.

Problemem, przynajmniej dla nas jest to, że nie jesteśmy w stanie oglądać South Parku w języku polskim z powodu wulgaryzmów. To swoisty „urok” serialu, że ważne, istotne społecznie kwestie omawia w niepoważnej formie. Ma on bowiem formę wycinanych, poklatkowych animacji, z dialogami pełnymi wulgaryzmów.

To jednak, co po angielsku brzmi dla polskiego ucha zabawnie, wypowiadane w naszym rodzimym języku odrzuca (oczywiście piszemy w naszym imieniu).

W przypadku „Wordslut…” pewnie wyolbrzymiamy problem, gdyż styl i swada autorki, pod warunkiem dobrego tłumacza, łagodziłyby twardość wulgaryzmów, niemniej w języku Szekspira nie mieliśmy nawet cienia niesmaku.

Sama autorka przyznaje, że lubi przeklinać, choć w jej przypadku trzeba raczej użyć terminu, „używać” brzydkich słów. Na kartach książki proponuje nawet jak owe słowa rozbroić, choć w realiach naszego rodzimego języka wydaje się nam to nieosiągalne.

Jak wspomnieliśmy, zostaliśmy przekonani i niestety uczciwie chylimy głowę przed zwrotem „Polki i Polacy”. Drażni nas to, nie lubimy tego i uważamy że to bez sensu, gdyż mówiąc „Polacy”, myślimy również o żeńskich przedstawicielach narodu. Szczycimy się jednak tym, że potrafimy stanąć z boku i z dystansem spojrzeć na nasz światopogląd, a z takiej perspektywy zwrot „Polacy” rzeczywiście wyklucza połowę społeczeństwa.

Zapewne do śmierci nie będzie ów zwrot brzmieć miło w naszych uszach, ale to już krótszy odcinek naszego życia. Język się zaś zmienia i dla dzisiejszych młodych, na co dzień słyszących ów zwrot w mediach, nie będzie on brzmiał tak bez sensu jak dla nas, nie wspominając o niewystępujących do tej pory żeńskich formach zawodów, które nam wydają się karykaturalnie.

Troszkę szkoda nam tych drzew i lasów które zostaną wycięte na dodatkowe strony książek i gazet, przeznaczonych na „Polki” i żeńskie końcówki. Zdaje się jest to jednak nieuniknione (cyfryzacja póki co nie zmniejsza zużycia papieru). -taki żarcik-

Wracając do dzieła pani Montell. To książka, którą środowiska LGBT+, i ogólnie te „postępowe” (strasznie nam nie pasuje do nich termin lewicowe, a to „postępowe” nasączamy ironią) przyjmą z entuzjazmem. W środowiskach konserwatywnych zadowoleni będą ci, którzy potrafią stanąć obok swoich przekonań i spojrzeć z dystansu na rzeczywistość.

Z całej reszty tych pomiędzy, powinien po tą książkę sięgnąć każdy, kto ma w sobie choć „ciutkę” ciekawości świata i docenia jego, jakże czasem pokręconą, różnorodność.

ps.

Oczywiście książkę tą powinni obowiązkowo przeczytać antyfeminiści.

ps 1.

Podobno dla niektórych to ma znaczenie, więc informujemy, iż autorka jest pochodzenia żydowskiego, o czym sama wspomina.

Przypisy:

(1) W Sieci można znaleźć inną wersję pochodzenia słowa „bitch” jednak nas jakoś przekonuje profesjonalizm Pani Amandy Montell.

Jedna myśl nt. „„Chcesz obrazić kobietę, nazwij ją prostytutką. Chcesz obrazić mężczyznę, nazwij go kobietą”, czyli o książce, którą każda feministka przeczytać powinna.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *