Leksykon tygodnika „Polityka”

W tym miejscu będziemy honorować naszych ulubionych Redaktorów z tygodnika „Polityka”. Dość szeroko i opisowo, gdyż przy okazji pragniemy scharakteryzować różne zjawiska, które będą nam do prezentowanych tu wybitnych jednostek pasowały.

  1. Passent Daniel. Beczka miodu i…

Felietony w „Polityce” dzielimy na te, które warto czytać, można czytać oraz takie, których należy unikać.

Do pierwszej kategorii należą teksty D.Passenta. Niestety brak nam czasu by śledzić jego blog, ale w „Polityce” dostajemy zapewne esencję „pysznostek”.

Autor miał bardzo ciekawe życie i często wycinki z niego stanowią szkielet na którym wspiera się antypisowskie, a jakże, ostrze felietonów. Niewątpliwie jest inteligentnie, bywa zaś i mądrze i zabawnie, a czasem i strasznie.

Inteligencji nie sposób bowiem Panu Danielowi odmówić, podobnie jak obycia w świecie i sporego zasobu wiedzy. Tak zwanej „klasy”, przyprawionej tym co najważniejsze, czyli dystansem do siebie i poczuciem humoru.

To m.in. rezultat edukacji z czasów słusznie minionych. Szkoła pozwalała wówczas na wczesnym etapie wybrać ścieżką robotniczą bądź inteligencką (gdy się książki czytać chciało), a w przypadku tej ostatniej, uniwersytety sprzyjały formowaniu ludzi o szerokich horyzontach, pewnym etosie i wartościach (chodzi nam tu o uniwersytecką „edukację” idącą obok linii ideologicznej). Kluczem było wejście w odpowiednie środowisko, w którym po prostu pewne rzeczy się „czuło”.

Postępujące od lat dziewięćdziesiątych wypłaszczanie edukacji, równanie w dół, sprawiło, iż coraz mniej dzisiaj jest ludzi, chciałoby się powiedzieć „z wartościami”. Żeby nas Państwo źle nie zrozumieli, nie chodzi nam o jakąś ideologię z prawa czy lewa.

Normy i wartości lekko sobie traktował Gombrowicz. Świadomie i z determinacją. Oburzało to wielu, wielu gorszyło ale wszystko toczyło się na pewnym „poziomie”.

Wchodzimy w tym miejscu na Gombrowicza, gdyż, gdyby ktoś nam zapłacił, gombrowiczowanie byłoby jedyną linią obrony książki, którą Redaktor Passent raczył zrecenzować w 21 numerze Polityki z 2019 r.

Tekst ten wyłamuje się z pisonawalankowej twórczości Red. Passenta. Rozumiemy odczucia Pana Redaktora, który uznał, że są granice „postępu”. To jedna z najlepszych recenzji książek, z jaką mieliśmy do czynienia w ostatnich latach. Pewnie dlatego, że to nie do końca recenzja książki.

Chodzi o dzieło Pani Joanny Jędrusik, „50 twarzy Tindera”.

Zastanawialiśmy się swego czasu, jak powszechny dostęp dzieciaków do najtwardszej pornografii w Internecie wpłynie na przemiany w społeczeństwie. Zdaje się, że w postaci twórczości Pani Jędrusik otrzymaliśmy odpowiedź.

Fragmenty przytoczone przez Pana Redaktora są bardzo „techniczne” ale problem jest, khem… głębszy niż opis zdartego, bynajmniej nie od śpiewu, gardła (autorki?).

Nie jesteśmy pruderyjni i nigdy, przenigdy nie będziemy pouczać w kwestiach moralnych kogokolwiek, poza oczywiście tymi, którzy stawiając się za wzór cnót wszelakich, sami ich nie przestrzegają.

Literatura pornograficzna istniała zawsze. W czasach gdy Internet, VHS, czy „tematyczne” kina w USA były kwestią przyszłości, spełniała jakąś tam rolę edukacyjną, zależną co prawda od wyobraźni czytelnika.

Cały dowcip z twórczością Pani Jędrusik polega na tym, a stanowi to puentę felietonu Pana Passenta, że ta, khem… pozycja, to opis stanu intelektualnego sporej część tzw. „postępowej, oświeconej, liberalnej” i w ogóle tej super i fajowej grupy młodszego pokolenia (tzn. przed czterdziestką).

Książkę firmuje wydawnictwo Krytyki Politycznej. To kuźnia elit intelektualnych lewej strony sceny politycznej. Rozchwytywani, również za granicą, młodzi komentatorzy wywodzą się z szeregów Krytyki.

Jak wspomnieliśmy, za pieniądze można by bronić „dzieła” Pani Jędrusik tłumacząc, iż to gombrowiczowskie łamanie norm, takie”gombrowiczowanie” na miarę naszych czasów.

Szkoda nam czasu na lekturę ale bazując na Sieciowych recenzjach to nie wydaje nam się. Ładnie można by stwierdzić, iż autorka ubiera obrazy w słowa. Obrazy z serwisów porno. Gombrowicz, choć miejscami „niesmaczny” był oryginalny.

Autor „Ferdydurke” był z pewnością inteligentem pełną, cóż za nawiązanie do twórczości, gębą. Dziś niestety kreowanie się na „inteligenta” wypiera bycie takowym.

Obawiamy się, Panie Danielu, że za dwa, trzy dziesięciolecia mało kto będzie w stanie docenić, tak jak my, Pana felietony.

Z tego co znaleźliśmy w Sieci, to Pani Jędrusik odbyła niemały rajd po stacjach i programach, które najwyraźniej uznały jej pozycję za wartościową.

W ten oto sposób otrzymujemy obraz ludzi, którzy mają zastąpić niemłode już elity intelektualne, reprezentowane przez takich ludzi jak Pan Daniel. Rozumiemy zaniepokojenie Pana Redaktora.

…łyżka dziegciu.

Nie bylibyśmy sobą, gdybyśmy łyżki dziegciu nie dodali pod adresem Pana Redaktora. Na żywo Pan Daniel nie wypada tak fajnie. Jego autorski program w TOK FM to zwyczajowa nawalanka w PiS bez głębszej refleksji, a już po prostu nie możemy darować Panu Redaktorowi laurki którą wystawił Pani Katarzynie Kasi.

Od dłuższego czasu Słuchamy Pani dr, gdyż bardzo często jest zapraszana do różnych programów i już zaczęła nas dziwić ta nadreprezentacja. Zaczęliśmy już sobie tłumaczyć tą popularność świętej pamięci tatą.

W wypowiedziach Pani Kasi nie znajdujemy bowiem nic z tego, o czym mówił Pan Passent. Pani Kasia ma fajne CV ale gdzie ta „erudycja” czy „subtelne poczucie humoru”. Nie oglądaliśmy Szkła Kontaktowego z udziałem Pani dr, możliwe więc, że z racji na formułę programu tam się owo poczucie humoru objawia.

Pani dr pewnie się tym faktem nie przejmie, ale w naszych oczach całkowicie skompromitowała się jednym zdaniem. Pan Passent nie zareagował na nie, ale był w niełatwej sytuacji. Nie wiemy, czy Pani dr brak wiedzy, czy po prostu bazuje na propagandzie i nie raczyła przeczytać tego, do czego się odniosła. Odkładamy tą wypowiedź na półeczkę, „Wrócić do tego”.

Wrócimy.

2. Ludwik Stomma.

By zobrazować „klimat” i nastrój obecne w felietonach Pana Stommy, posłużymy się cytatem z tekstu Daniela Passenta z „Polityki” (nr 31 (3221), 31.07–6.08.2019) charakteryzującym Sandora Maraia. „… jest smutny, rozgoryczony, ma za złe, surowo osądza innych. Zazdrość? Próżność?”.

Teksty Ludwika Stommy klasyfikujemy do kategorii „można”, gdyż zawsze jest szansa, że czytelnik pozna jakiś dotąd mu nieznany fakt. To jednak, co autor wyprawia z owymi faktami woła o pomstę do nieba (czy gdziekolwiek indziej, np. do rozsądku).

Tak to odbieramy i to nasze prawo, że rozgoryczenie, żal i pretensje do życia(?) Pana Stommy scaliły się w jedno z konkretną ideologią i przybrały materialną formę w postaci słowa pisanego.

Podobały nam się „Królów polskich przypadki” i „Wzloty i upadki królów Francji sposobem antropologicznym wyłożone”.

Czy przypadkiem pierwsza z tych pozycji nie stanowi pochwały nihilizmu?

Już z w tamtych książkach daje się wyczuć opisane powyżej nastawienie autora do otaczającej go rzeczywistości (co do „Wzlotów i upadków…” powstał w redakcji mały spór).

Problem z jego felietonami polega na tym, że one są „bardziej”.

ps.

O ideologicznych odlotach w felietonach Pana Stommy powstaje większy text.

[Aktualizacja, 7.11.2019]

By rozstrzygnąć redakcyjny spór dotyczący „Wzlotów i upadków…” został oddelegowany członek Redakcji do odświeżenia lektury i wydania autorytarnie opinii na jej temat.

Werdykt brzmi:

Książka jest świetna. Najbardziej charakterystycznym jej elementem jest podjęty przez autora wysiłek, by wybrane wydarzenia z historii Francji opisać z perspektywy „duchowości” czasów im współczesnych co, wbrew pozorom, jest nieczęsto spotykane.

Można się zgadzać bądź nie z tezami autora, jednak niewątpliwie skłaniają one do myślenia.

Ostatnim bohaterem książki Pana Stommy jest Napoleon III. Nie mam podstaw (tzn. wiedzy) by nie wierzyć danym przytaczanym przez autora i wypływającemu z nich wnioskowi.

Ów wniosek, ot tak, dla intelektualnej gimnastyki, można by odnieść do czasów nam współczesnych i wyniku wyborów 2015 r.

Skoro bowiem, jak głosi dzisiejsza opozycja, za czasów rządów PO-PSL wszystkim się w Polsce poprawiało, czego w takim razie zabrakło by rządy tak „zasłużonej” ekipy trwały nadal.

Zachęcamy do lektury i tylko żal, że Pan Ludwik Stomma tak się zmienił.

3. Jan Hartman.

Felietonistą, którego należy unikać, tak jak on zapewne unika wody święconej, jest prof. Jan Hartman.

Pan Hartman tak bardzo chce. On tak bardzo, tak bardzo chce. On tak bardzo chce, że aż nie rozumie, dlaczego to jego „bardzochcenie” nie znajduje odzewu w masach. Więc jeszcze bardziej chce.

Wieść lud na barykady. Być ogniomistrzem serc i słów. Rozpalać emocje i stać na czele poruszonych jego słowami mas narodu. Wyzwolić kraj z okowów tyranii i zapisać się w historii ludzkości, pozwalając składać sobie hołdy w uznaniu zasług, w podzięce za stworzenie hartmanowego raju na ziemi.

Bardziej i mocniej. Mocniej i bardziej. I nic z tego nie wychodzi.

Pana Prof. się po prostu bez irytacji czytać nie da. Próbowaliśmy, wiele razy, coraz rzadziej, a teraz już bardzo sporadycznie. I nie zmienia się nic.

Panie Profesorze! Nie tędy droga! Do roli, jaka się Panu marzy, potrzebna jest autentyczność, wyrazistość i oryginalność. Kreowanie, nie powielanie, choćby nie wiadomo jak było ono „bardziej”.

Pan Hartman jedzie po bandzie, a jakże, jest to jednak jazda odtwórcza, brak w niej tego czegoś, co pozwoliłoby czytelnika/słuchacza zaangażować emocjonalnie (irytacji nie liczymy).

Profesor bierze na tapetę jakąś aktualnie mieloną kwestię i wyjaskrawia ją jak się da. Maksymalizuje swój radykalizm i „postępowość”. Bum, bum, tratata, trach, ciach i jeszcze raz bum!

Cała oryginalność jego tekstów polega na tym, że on bardziej i mocniej, i więcej i bardziej. I mocniej.

I żadnej oryginalnej myśli.

I co? Czyta taki antypisowiec i myśli: „O! Hartman pisze o tej sprawie. No tak, ma chłop rację. Dobra. Zobaczmy o czym w tym tygodniu Passent naskrobał”.

Prof. Hartman tak bardzo chce być bardzo, że czasem jest za bardzo nawet dla ideologicznych pobratymców, czego sympatycznym dowodem jest jego reakcja na raport NIK odnośnie matematyki. Reakcja jest bardzo.

Tak na marginesie. Przyznaje w nim, że kocha matematykę. Strasznie nam żal, że matematykiem nie został.

Kilka lat temu, gdy Pan Hartman miał być jedną z gwiazd Ruchu Palikota, „Newsweek” albo „Polityka” spróbowały wystawić mu laurkę. Nie dało się. Nie było w artykule o Panu Filozofie nic złego oczywiście, ale widać było, iż autor szukał czegoś korzystnego, czegoś wyrazistego i nie znalazł.

Nas uderzyła reakcja wychowanków Pana Profesora przytoczona w owym artykule. Nie potrafili nic konkretnego powiedzieć. Ani dobrego, ani złego, a nasz wredny charakter podpowiada nam, że gdyby powiedzieli coś niekorzystnego to tygodnik i tak by tego nie zamieścił.

W najlepszym więc razie bezbarwność.

Warto porównać co o swoim wykładowcy mówią studenci Marka Migalskiego.

Zasadą naszego portalu jest, że nie obrażamy nikogo…  za bardzo. Jednak stylu Pana Hartmana po prostu nie szanujemy i kombinujemy jak by to wyrazić.

Nie szanujemy też Pana Jakuba Wojewódzkiego, ale on przynajmniej, poza paniką przed drugą turą wyborów prezydenckich, nie kreuje się na moralne sumienie narodu, przynajmniej młodszej jego części. Pewności zresztą nie mamy, gdyż po prostu pana W. przestaliśmy oglądać przed wielu laty. Czytamy natomiast jego rubrykę w „Polityce”.

Tymczasem Pan Hartman tak bardzo się stara żeby wykazać swoją nieprzeciętność, że próbujący zgłębić jego myśli czytelnik naraża swój intelekt na zderzenie z prawami fizyki. Kto wie. Może czeka nas przełom i przełamanie monopolu grawitacji, której opiera się megaego Pana Profesora.

Pozwolimy więc sobie w sposób nieco zawoluowany pokazać co myślimy o Panu Hartmanie. Weźcie Państwo cytaty z „Dzienników” Gombrowicza, wszystkie te, w których opisuje on nielubianych przez siebie krytyków, pseudointelektualistów i pozerów. Ludzi nie będących się w stanie wznieść poza schematyczne myślenie, odtwórczych i spętanych ideologią, która przesłania im trzeźwe spojrzenie na rzeczywistość.

To właśnie myślimy o Panu Filozofie.

Za co pokornie przepraszamy.

4. Sławomir Mizerski.

Texty Pana Mizerskiego bywają całkiem zabawne.

5. Jerzy Baczyński.

„Wstępniak”, czyli „Przypisy Redaktora Naczelnego” są bardzo mądre. Są tak mądre, że jeszcze żadnego nie byliśmy w stanie doczytać do końca. Licząc, iż może w końcówce textów Pana Baczyńskiego czai się jakaś błyskotliwa, wynagradzająca lekturę puenta, rozpoczęliśmy kilka razy od ostatniego akapitu.

Nic.

Za to Pan Redaktor dobrze się na scenie prezentuje.

6. Stanisław Tym.

Niektórzy to mają szczęście w życiu. Wykonają jedną piosenkę i już do końca życia nie muszą pracować.

Mniej więcej tak jest z Panem Tymem. Gdy tylko jego facjata pojawi się nam przed oczyma, od razu widzimy „Misia” i „Rejs”. I nic człowiek nie poradzi, że zęby same się wyszczerzają w uśmiechu.

Felietony niestety niecharakterne. Co jakiś czas z nadzieją sprawdzamy.