Film/Rozrywka

„Sala samobójców. Hejter.” (2020, reż. Jan Komasa)

Znowu nam to zrobili. Znowu nas nabrali ci „obiektywni” dziennikarze z Newsweeków, Polityk, Wyborczych i naszego bratersko-siostrzanego OKO.Press.

Wysłuchiwaliśmy zachwytów i czytaliśmy w tym samym tonie utrzymane recenzje filmu „Hejter”. Autentycznie uwierzyliśmy, że to musi być bardzo dobry film.

Trochę nas co prawda zastanowiły bardzo polityczne tytuły wywiadów reżysera (których nie czytaliśmy) ale przecież każdy ma jakieś poglądy. W takiej, a nie innej rzeczywistości żyjemy, więc nic jeszcze nie podejrzewaliśmy.

Nam się nawet żal zrobiło, gdy komentatorzy polityczni (polityczni!!!) ubolewali, iż koronavirus uniemożliwił dystrybucję kinową filmu, który w całości został sfinansowany z prywatnych środków.

Dosyć szybko zaczęto się pocieszać, uprzejmie informując wszem i wobec, iż film dostępny jest na jednej z platform w Sieci.

Tak więc chipsy + napoje i rozpoczynamy seans.

Po kilku minutach dostajemy kawałek z Marszem Niepodległości i się uśmiechamy pod nosem. Ha, to już wiemy skąd hymny pochwalne.

Oglądamy dalej i O WIELKI POTWORZE SPAGHETTI ależ propaganda.

Proszę nam wierzyć. Śmialiśmy się sami z siebie.

Nam się wydawało, iż cała propagandowa warstwa filmu sprowadza się do uwag odnośnie Marszu 11 Listopada. Po tym co zobaczyliśmy dalej, choć oczywiście rozumiemy, iż wydźwięk filmu jest jak najbardziej poważny, po prostu nie mogliśmy powstrzymać uśmiechu do końca seansu.

Cały film to polityczna akcja wymierzona w prezydencką kampanię 2020 r. To zresztą jeden z kilku „czasowych zbiegów okoliczności”, jak choćby książka G.Rzeczkowskiego „Katastrofa posmoleńska…”.

Podkreślana przy okazji dyskusji o filmie informacja, iż „film powstał w całości za prywatne pieniądze” wynika po prostu z faktu, iż żadna pisowska, (ups) tzn. państwowa instytucja, by się do niego nie dorzuciła.

Oczywiście tzw. sztuka zaangażowana to nie zbrodnia. Zbrodnią jest, gdy realizacja jest zła, a „Hejter” to nie jest źle zrealizowany film.

Generalnie jest tak, iż kino sympatyzujące z „Tą” stroną sceny politycznej jest lepiej robione niż to z przeciwnej strony.

Troszkę irytował nas M.Musiałowski, ustylizowany na syna ciemności, na wypadek gdyby ktoś miał wątpliwości co do przenikającego go do szpiku kości zła.

Przede wszystkim jednak seans popsuła nam nachalna propaganda. Nie spodziewaliśmy się jej aż w takiej dawce (sami się sobie dziwimy) chociaż przypuszczamy, iż gdybyśmy nie tkwili w naszym polskim piekiełku, film z perspektywy obcokrajowca by się nam podobał, tak jak podoba się nam zaangażowane politycznie zagraniczne kino. Jeśli oczywiście realizacja jest poprawna.

W Polsce prawicowi twórcy nie mogą sobie pozwolić na pokazanie pewnych rzeczy, gdyż zostaną wówczas zaatakowani przez co bardziej nawiedzonych widzów swojej strony sceny politycznej. Twórcy „liberalni” nie mają takiego problemu, a „prawe” ataki tylko im pomagają.

W Stanach różnica ta jest o wiele mniejsza. Oczywiście ich lewica i prawica to nie to samo co nasza, a większość Hollywood sympatyzuje z demokratami.

Republikanie mają kilku utytułowanych twórców w Hollywood, choć to dinozaury, jak Clint Eastwood. Kino przez nich robione nie ustępuje temu po „drugiej” stronie, od budżetu począwszy.

Budżet mniej znanych twórców to ich największy problem i widać to po produkcjach z konserwatywnym przesłaniem, że jeśli nie nadrabiają scenariuszem i przyzwoitą grą aktorską, to wyraźnie ustępują „słusznemu” kinu.

Nam „Hejter” skojarzył się z oskarowym „Kształtem wody”. Dziwne skojarzenie? Absolutnie nie.

I w jednym i w drugim przypadku w sposób „młotkowy” pokazuje się kto jest „be” i „fuj”.

„Shape of Water” świetnie odzwierciedla mentalność hollywoodzkiego establishmantu, gdyż istotą filmu jest krytyka konserwatyzmu, zwanego czasem normalnością.

Tradycyjnej rodzinie(1), której głową jest główny czarny charakter, zostaje przeciwstawiony sex z rybą (bez cudzysłowia).

Dziwnie to brzmi ale tak właśnie to wyglądało, gdy zły bohater bzyka się w żoną w nudny, tradycyjny i jak by go jeszcze konserwatywnie nie nazwać sposób. Najnormalniejszy sex na świecie zostaje przedstawiony paskudnie, z jakąś kapiącą krwią o ile dobrze sobie przypominamy, a przeciwstawia mu się w filmie romantyczny sex z rybą.

Przekaz jest oczywisty. Zły człowiek ma normalną rodzinę. Normalna rodzina jest zła. Wybierz rybę.

Pozostając jeszcze chwilę w obrębie „tych” spraw, wiąże się z nimi jedyna scena w „Hejterze”, gdy  nasz uśmiech przeszedł w głośny śmiech.

Śledząc losy zakręconego militarysty, który w finale dokonuje masakry (tak wiemy że to nic śmiesznego) zaczęliśmy sobie wyobrażać konspekt scenariusza.

Zapewne kreśląc postać „samotnego wilka” scenarzysta odhaczał po kolei „ptaszki” w miarę dopisywania scen. „Ptaszki” określały cechy postaci, które ujawniały się wraz z postępującą akcją. Militarysta, niekontaktowy, samotny, rozgoryczony, gracz komputerowy, a na koniec homoseksualista.

Roześmialiśmy się, gdyż to był taki drobiazg, nieistotny dla fabuły element, ale to była ta chwila, gdy przesłanie twórców stało się kompletne. Pokazali wszystkie możliwe negatywne (homoseksualizm?) cechy prawicowego oszołoma o jakich można usłyszeć/przeczytać w jedynie słusznych mediach.

Oczywiście, dla „Sprawy”, widza potraktowano jak półgłówka, starając się, by w żadnym razie ów fakt mu nie umknął.

Gdyby, idąc w ślad za bohaterem mijającym kolejkę kamera tylko przemknęła po stojących w niej postaciach, zwalniając przy rozgoryczonym samotniku to byłby efekt w rodzaju „Ej, to on?”, „O kurcze, hehe” itp.

Tu kamera przystaje i dostajemy łopatą odmierzoną porcję ujęcia twarzy bohatera z przekazem: „spójrz, on w dodatku jest gejem”.

Scenarzysta odhaczył ostatniego ptaszka.

Co na to środowiska LGBT+inne literki?

Przypisy:

(1)

Chyba takiego terminu należałoby użyć pragnąc pozostać poprawnym politycznie gdyż „normalna rodzina” sugeruje istnienie „nienormalnej”, a to słowo ma najczęściej negatywny wydźwięk . Używamy terminu „tradycyjna rodzina” w sensie heteroseksualnego małżeństwa, a nie jako przeciwieństwo rodziny „atomowej”.


„Głębia strachu” (Underwater, 2020, reż. W.Eubank)

Jest budżet, są dobrzy aktorzy i beznadziejny scenariusz.

Jedyna refleksja jaka pozostała w nas po seansie to ta, dlaczego wielkie potwory zawsze muszą ryczeć z łbem w górę, wypinając klatę i rozkładając kończyny/łapy/macki czy co tam mają.

Pytanie retoryczne. Oczywiście po to, by pozwolić w tym czasie uciec bohaterom. Rzecz w tym, że nawet to ryczenie można zrobić lepiej niż gorzej, a w tym filmie wszystko poza bohaterką jest gorzej.

Skojarzenie z „Obcym” nasuwa się od pierwszych scen, przede wszystkim z racji na postać głównej bohaterki. Jej fizyczny wizerunek ewidentnie jest wzorowany na Ripley ale nie znajdziemy w tym filmie więcej udanych nawiązań do wielkiego klasyka.

Kristen Stewart jest bardzo dobrą aktorką i jej gra ma się do scenariusza jak pięść do nosa.

Szkoda. Był potencjał na klimatyczny horror.


„Irlandczyk” czyli „to se ne vrati”. (The Irishman, 2019, reż. M.Scorsese)

Zachęceni entuzjastycznymi recenzjami zasiedliśmy do seansu. Cóż…

Gdyby ten film nie powstał było by nam przykro. Teraz jest nam przykro, gdyż film powstał.

Nie ma w tym filmie niczego, czego już nie widzieliśmy w innych gangsterskich filmach, od dzieł Scorsese począwszy.

Włącznie ze sposobem prowadzenia narracji.

Niestety ale wieku się nie przeskoczy. Scena, w której De Niro bije przed sklepem sprzedawcę, to straszne przeżycie. Ledwo się rusza, a ta scena przedstawia przecież „młode lata” gangstera.

Efekty „odmładzające” to chyba Scorsese sam robił. Twarz Joego Pesci zasługuje na to, by śnić się po nocach.

Film miał być czymś na kształt trzeciej części Ojca Chrzestnego, ostatnim spotkaniem z doborową ekipą. Musiał powstać, ale szkoda że powstał.


„Pewnego razu… w Hollywood”, czyli refleksja nas zmierzchem „Fabryki Snów”.

Tak bardzo byśmy chcieli by Tarantino nakręcił film o Piłsudskim.

To by było widowisko. Od zamachów bombowych po malownicze bluzgi na temat demokracji II RP.

Cóż to byłyby za dialogi.

Nie napracowałby się nad treścią. Miałby ją podaną na tacy i musiałby tylko odpowiednio, w swoim stylu ją ubrać.

Jakaż szkoda, że to nierealne.

Tymczasem „Pewnego razu… w Hollywood” to kolejny majstersztyk. Tylko Tarantino potrafi robić przegadane filmy, które nie są przegadane. Kopiowali jego styl inni twórcy, także polscy, ale wychodziła im z tego karykatura.

W dodatku Tarantino potrafi z aktorów wycisnąć wszystko co najlepsze.

Film należy do dwóch par. Brada Pitta i Leonardo DiCaprio, oraz Margott Robbie i Margaret Qualley (córka Andie MacDowel).

Ach, jest oczywiście polski akcent w postaci Rafała Zawieruchy ale… kto jeszcze nie widział to zobaczy.

O parze męskiej nie ma się co rozpisywać. Film kręci się wokół przyjaźni bohaterów przez nich granych, co jak zwykle dało Tarantino okazję do błyskotliwych dialogów. Trzeba by naprawdę marnego scenariusza i reżysera, by Pittowi i DiCaprio zrobić plamę na aktorskiej karierze. Pod okiem twórcy Pulp Fiction to im nie grozi.

O sile ról Robbie i Qualley nie decydują dialogi. Druga z nich co prawda sporo „papla” na ekranie, jednak sceny z ich udziałem zapadają w pamięć nie ze względu na wypowiadane kwestie (no… nie całkiem), lecz na niewerbalną expresję.

Qualley kradnie każdą scenę. Jej „spontaniczność”, mimika i energia, którą obdarza swoją bohaterkę, są jak nieopatrznie podpalone pudełko fajerwerków. Trudno sobie wyobrazić, by reżyser dawał jej szczegółowe wskazówki do rozpisanych scen. Prawdopodobnie instrukcja była jedna: „Bądź roztrzepaną hippiską”. I Qualley nią jest.

Rola Margott Robbie to przeciwieństwo postaci granej przez Qualley. Tu zamiast chaosu (zamierzonego) jest stonowana perfekcja. Nie ma fajerwerków, jest uśmiech dzięki któremu zgadujemy, jakimi ścieżkami płyną myśli bohaterki. Ekspresja jest minimalna, oszczędna. Na dobrą sprawę przez większość czasu okiem kamery podziwiamy urodę aktorki.

Nie razi to, nie sprawia wrażenia sztuczności. Może powodem jest to, że wiemy jak się ta historia skończy i niewątpliwa uroda filmowej Sharon Tate podkreśla tylko wymiar przyszłej zbrodni.

Wszak film o Polańskim musi się wiązać z morderstwem z 1969 roku.

Bez spojlera, ale…

…przekraczanie przez Tarantino granic absurdu to nic nowego. Pozwala mu to oddalić zarzuty o sexizm i wszelkie okołosexistowskie tematy, które podkręcone, wzbudzą „społeczne” oburzenie. (Normalnie zwrot ten brzmiałby „…sexizm i epatowanie przemocą”, ale akurat przemocą się nikt nie przejmuje).

Nas przede wszystkim ciekawiło, czy reżyser odniesie się do afery pedofilskiej Romana Polańskiego.

Odniósł się i ponownie zrobił to w jedynie sobie charakterystycznym stylu. Mistrzowsko i zmuszając nawet do niejakiej refleksji.

Ciekawe, że nie słychać o żadnych kontrowersjach związanych z tym wątkiem, poza ogólną uwagą obecnej żony R.Polańskiego, iż film bazuje na tragedii jej męża.

Przynajmniej nasze krajowe media nic o tym nie donoszą.

Jedyna powracająca w mediach kontrowersja związana z tym filmem, to żale córki Bruce’a Lee o to, iż jej ojciec jest w filmie dupkiem.

Film zdecydowanie wart obejrzenia, choć oczywiście tylko dla tych, którzy wiedzą z czym wiąże się twórczość Tarantino.

ps.

Pewnie się mylimy, ale możliwe, że Tarantino właśnie gasi światło w Hollywood.

Obecnie, w „fabryce snów”, wśród topowych postaci, to chyba jedyny prawdziwie oryginalny twórca.

Zabawne, bo choć najbardziej oryginalny, to i najmniej, gdyż jego filmy w znacznej mierze składają się z klisz i przebitek fabularnych starszych produkcji, poddanych procesowi „tarantinoizacji” w taki sposób, iż tchną świeżością. Podkreślają to wyciągani przez Tarantino, na wpół zapomniani aktorzy, mający lata chwały za sobą.

Jego sposób myślenia, realizacji, konstrukcji fabuły i dialogów wniósł powiew oryginalności ale niestety nie widać kontynuatora tego stylu. Guy Ritchie to najlepszy przykład sytuacji w której mając aktorów, budżet i wszystko, wydawałoby się, co trzeba, brakuje najważniejszego. Talentu.

To rzemieślnik, nie artysta.

W Hollywood kręci się obecnie głównie sequele, prequele, nowe wersje albo poszerza uniwersa o nowe postaci. Nie ma miejsca na oryginalność, a więc i ryzyko finansowe.

Dołączają do Martina Scorsese kolejni sławni twórcy, odmawiający tytułu prawdziwego kina ostatnim, hollywoodzkim produkcjom o superbohaterach.

Zgadzamy się, że te filmy są straszne, beznadziejne i bez sensu. Oczywiście są wyjątki, jak Strażnicy Galaktyki, w którym humor ratuje sytuację, ale większość to fabularne tragedie.

Czasy się jednak zmieniają i odmawianie, przez nestorów świata filmu, prawa do miana „prawdziwego kina” dzisiejszym blockbusterom nie daje się obronić.

Z jednej strony zgadzamy się z ich oceną, jednak z drugiej, decyduje widz. Nawet jeśli jest młody.

Świeżość i nowe impulsy przyszły przed kilkunastu laty z HBO i ich serialami omijającymi „moralne” ograniczenia. Skutkiem tego jest rozkwit różnych platform oferujących filmy i seriale własnej produkcji, nie będące koprodukcją Hollywood.

To jednak i tak tylko etap przejściowy. Przyszłość leży w interakcji z widzem i pierwsze kroki w tym kierunku mają już miejsce.

Niewykluczone więc, że Tarantino to łabędzi śpiew fabryki snów i, zapewne powolny, początek jej końca.

Mógłby ten koniec przedłużać jeszcze przez jakiś czas i nie ograniczyć się do zapowiedzianych dziesięciu filmów.