Film/Rozrywka

——————————————————————————————————————

„Pewnego razu… w Hollywood”, czyli refleksja nas zmierzchem „Fabryki Snów”.

Tak bardzo byśmy chcieli by Tarantino nakręcił film o Piłsudskim.

To by było widowisko. Od zamachów bombowych po malownicze bluzgi na temat demokracji II RP.

Cóż to byłyby za dialogi.

Nie napracowałby się nad treścią. Miałby ją podaną na tacy i musiałby tylko odpowiednio, w swoim stylu ją ubrać.

Jakaż szkoda, że to nierealne.

Tymczasem „Pewnego razu… w Hollywood” to kolejny majstersztyk. Tylko Tarantino potrafi robić przegadane filmy, które nie są przegadane. Kopiowali jego styl inni twórcy, także polscy, ale wychodziła im z tego karykatura.

W dodatku Tarantino potrafi z aktorów wycisnąć wszystko co najlepsze.

Film należy do dwóch par. Brada Pitta i Leonardo DiCaprio, oraz Margott Robbie i Margaret Qualley (córka Andie MacDowel).

Ach, jest oczywiście polski akcent w postaci Rafała Zawieruchy ale… kto jeszcze nie widział to zobaczy.

O parze męskiej nie ma się co rozpisywać. Film kręci się wokół przyjaźni bohaterów przez nich granych, co jak zwykle dało Tarantino okazję do błyskotliwych dialogów. Trzeba by naprawdę marnego scenariusza i reżysera, by Pittowi i DiCaprio zrobić plamę na aktorskiej karierze. Pod okiem twórcy Pulp Fiction to im nie grozi.

O sile ról Robbie i Qualley nie decydują dialogi. Druga z nich co prawda sporo „papla” na ekranie, jednak sceny z ich udziałem zapadają w pamięć nie ze względu na wypowiadane kwestie (no… nie całkiem), lecz na niewerbalną expresję.

Qualley kradnie każdą scenę. Jej „spontaniczność”, mimika i energia, którą obdarza swoją bohaterkę, są jak nieopatrznie podpalone pudełko fajerwerków. Trudno sobie wyobrazić, by reżyser dawał jej szczegółowe wskazówki do rozpisanych scen. Prawdopodobnie instrukcja była jedna: „Bądź roztrzepaną hippiską”. I Qualley nią jest.

Rola Margott Robbie to przeciwieństwo postaci granej przez Qualley. Tu zamiast chaosu (zamierzonego) jest stonowana perfekcja. Nie ma fajerwerków, jest uśmiech dzięki któremu zgadujemy, jakimi ścieżkami płyną myśli bohaterki. Ekspresja jest minimalna, oszczędna. Na dobrą sprawę przez większość czasu okiem kamery podziwiamy urodę aktorki.

Nie razi to, nie sprawia wrażenia sztuczności. Może powodem jest to, że wiemy jak się ta historia skończy i niewątpliwa uroda filmowej Sharon Tate podkreśla tylko wymiar przyszłej zbrodni.

Wszak film o Polańskim musi się wiązać z morderstwem z 1969 roku.

Bez spojlera, ale…

…przekraczanie przez Tarantino granic absurdu to nic nowego. Pozwala mu to oddalić zarzuty o sexizm i wszelkie okołosexistowskie tematy, które podkręcone, wzbudzą „społeczne” oburzenie. (Normalnie zwrot ten brzmiałby „…sexizm i epatowanie przemocą”, ale akurat przemocą się nikt nie przejmuje).

Nas przede wszystkim ciekawiło, czy reżyser odniesie się do afery pedofilskiej Romana Polańskiego.

Odniósł się i ponownie zrobił to w jedynie sobie charakterystycznym stylu. Mistrzowsko i zmuszając nawet do niejakiej refleksji.

Ciekawe, że nie słychać o żadnych kontrowersjach związanych z tym wątkiem, poza ogólną uwagą obecnej żony R.Polańskiego, iż film bazuje na tragedii jej męża.

Przynajmniej nasze krajowe media nic o tym nie donoszą.

Jedyna powracająca w mediach kontrowersja związana z tym filmem, to żale córki Bruce’a Lee o to, iż jej ojciec jest w filmie dupkiem.

Film zdecydowanie wart obejrzenia, choć oczywiście tylko dla tych, którzy wiedzą z czym wiąże się twórczość Tarantino.

ps.

Pewnie się mylimy, ale możliwe, że Tarantino właśnie gasi światło w Hollywood.

Obecnie, w „fabryce snów”, wśród topowych postaci, to chyba jedyny prawdziwie oryginalny twórca.

Zabawne, bo choć najbardziej oryginalny, to i najmniej, gdyż jego filmy w znacznej mierze składają się z klisz i przebitek fabularnych starszych produkcji, poddanych procesowi „tarantinoizacji” w taki sposób, iż tchną świeżością. Podkreślają to wyciągani przez Tarantino, na wpół zapomniani aktorzy, mający lata chwały za sobą.

Jego sposób myślenia, realizacji, konstrukcji fabuły i dialogów wniósł powiew oryginalności ale niestety nie widać kontynuatora tego stylu. Guy Ritchie to najlepszy przykład sytuacji w której mając aktorów, budżet i wszystko, wydawałoby się, co trzeba, brakuje najważniejszego. Talentu.

To rzemieślnik, nie artysta.

W Hollywood kręci się obecnie głównie sequele, prequele, nowe wersje albo poszerza uniwersa o nowe postaci. Nie ma miejsca na oryginalność, a więc i ryzyko finansowe.

Dołączają do Martina Scorsese kolejni sławni twórcy, odmawiający tytułu prawdziwego kina ostatnim, hollywoodzkim produkcjom o superbohaterach.

Zgadzamy się, że te filmy są straszne, beznadziejne i bez sensu. Oczywiście są wyjątki, jak Strażnicy Galaktyki, w którym humor ratuje sytuację, ale większość to fabularne tragedie.

Czasy się jednak zmieniają i odmawianie, przez nestorów świata filmu, prawa do miana „prawdziwego kina” dzisiejszym blockbusterom nie daje się obronić.

Z jednej strony zgadzamy się z ich oceną, jednak z drugiej, decyduje widz. Nawet jeśli jest młody.

Świeżość i nowe impulsy przyszły przed kilkunastu laty z HBO i ich serialami omijającymi „moralne” ograniczenia. Skutkiem tego jest rozkwit różnych platform oferujących filmy i seriale własnej produkcji, nie będące koprodukcją Hollywood.

To jednak i tak tylko etap przejściowy. Przyszłość leży w interakcji z widzem i pierwsze kroki w tym kierunku mają już miejsce.

Niewykluczone więc, że Tarantino to łabędzi śpiew fabryki snów i, zapewne powolny, początek jej końca.

Mógłby ten koniec przedłużać jeszcze przez jakiś czas i nie ograniczyć się do zapowiedzianych dziesięciu filmów.