Czy Donald Trump uratuje USA?

Temat troszkę przebrzmiały ale czy Państwa też ubawiły podsumowania dwóch prezydenckich kadencji Baracka Obamy? Wielu komentatorów starało się wskazać jakieś pozytywne aspekty jego prezydentury. Poza „Obama Care” nie wskazano nic konkretnego.

Ustawa o służbie zdrowia to „średni” sukces. Po prostu źle działa (stan na 1 poł. 2018 r.). Przepchnięta wyłącznie głosami demokratów reforma dotycząca całej populacji, nie miała szans na stabilne funkcjonowanie i niezbędne modyfikacje. Cóż… jakiś sukces był potrzebny.

Poza „Obama Care” dwie wojny, w Syrii i Libii i związany z tym chaos, migracje i destabilizacja w tych częściach świata.

Prawdę mówiąc gdyby to D.Trump rozpętał wojnę w Syrii można by podejrzewać, iż uczynił to celowo, by zalewem uchodźców zdestabilizować sytuację w UE :D.

Nie odpuścimy i przypomnimy jeszcze o Pokojowej Nagrodzie Nobla za… stwierdzamy to cichutko i nieśmiało bo nie wolno… za rasizm, gdyż co jeśli nie kolor skóry zadecydował o przyznaniu nagrody nowemu prezydentowi USA, zanim zdążył on cokolwiek uczynić.

W tym kontekście można jeszcze przypomnieć, iż konflikty rasowe w Stanach Zjednoczonych podczas kadencji B.Obamy nie straciły na swej intensywności (Charlotte, Ferguson, St.Louis, Oakland).

Gospodarka? Prawdą jest, iż zwalczono kryzys, jednak kosztem ogromnego zadłużenia. Uniknięto  inflacji, a Wall Street jest na szczytach. Nikt jednak nie jest w stanie odpowiedzieć na pytanie, co tak właściwie oznacza fakt posiadania przez Chiny ogromnej części długu USA.

W tym kontekście trzeba jeszcze wspomnieć, że administracja Obamy ratowała instytucje finansowe, prawdziwych sprawców kryzysu, kosztem pieniędzy podatników. Nie odważylibyśmy się jednak twierdzić, że Trump zrobiłby inaczej 😀

Niewątpliwie państwo Obamowie ślicznie się prezentowali. Prawdziwi partnerzy. Podkreśla się, iż pani Obama ma za sobą karierę pełną sukcesów i jest samodzielna pod każdym względem. Super.

Co zaś do państwa Trumpów to cóż… Nie da się ukryć, iż prywatne wypowiedzi prezydenta pozwalają go określić terminem „męska szowinistyczna świnka”, jednak ten człowiek to biznesmen, nie działacz społeczny, pełen empatii, z ciepłym uśmiechem, który swym osobistym urokiem porywa media i wyborców.

Urok osobisty Obamy przez 8 lat prezydentury nie rozwiązał żadnego problemu z którymi zmagają się Stany Zjednoczone.

Tymczasem Trump, utrwalający swój wizerunek twardego, zdecydowanego i nieobliczalnego biznesmena ma szanse przedłużyć mocarstwową pozycję USA w świecie.

Może nie za duża ta szansa, ale jest.

Donald Trump jest jak bomba, w której wskazówka mechanizmu zegarowego zacięła się na ostatniej kresce i drga, mogąc w każdej chwili uruchomić zapalnik. Jeśli bomby nie da się rozbroić, należy uciekać ale co zrobić jeśli tą bombą jest przywódca największej światowej potęgi.

Trzeba rozmawiać, tylko jak rozmawiać z bombą? Ostrożnie i nie prowokować…. bo może wybuchnąć.

W ten sposób rozmowy toczą się nie na zasadzie partnerstwa, lecz wyraźnej dysproporcji sił. Strona słabsza, świadoma „nieobliczalności” ale i siły drugiej strony, stara się nie prowokować, nie drażnić i ustępstwami ułagodzić stronę silniejszą.

Jest to strategia z góry skazana na porażkę, gdyż tylko umacnia przekonanie strony silniejszej o słuszności obranej strategii.

Oczywiście warunkiem niezbędnym utrzymania skuteczności jest stałe utwierdzanie wszystkich w przekonaniu o własnej „nieobliczalności”.

Zasadne w tym miejscu wydaje się pytanie, czy Trump rzeczywiście jest takim człowiekiem, czy też jedynie blefuje.

W biznesie zdemaskowanie takiej postawy miałoby konsekwencje jedynie dla wąskiej grupy osób.  Decyzje podejmowane w Białym Domu dotyczą całego świata.

Dotychczasowa kariera dewelopera dowodzi, że to rzeczywiście jego natura, a przynajmniej nikt do tej pory nie powiedział „sprawdzam”.

Pytaniem otwartym jest, jak daleko posunie się Trump, gdyby druga strona na taki ruch się zdecydowała.

W tym miejscu mała dygresja. Co jakiś czas różni komentatorzy pozwalają sobie na żarty z faktu, iż Trump bankrutował kilkukrotnie. Robienie z tego zarzutu dowodzi całkowitej nieznajomości realiów USA i roli, jaką odgrywa w rzeczywistości tamtejszej gospodarki instytucja bankructwa.

Wróćmy do polityki. Strategia biznesowa stosowana przez obecnego prezydenta jest skuteczna jedynie w przypadku posiadania mocnych atutów. Arsenał atomowy i siła amerykańskiej gospodarki (nadal) stanowią wystarczające argumenty.

Póki co D.Trump nie popełnia błędów Obamy, jak np. zapowiedź wycofania wojsk z Afganistanu w ciągu trzech lat. Wniosek dla talibów? Można przycupnąć na chwilę, by po tym okresie, już bez amerykańskiego kontyngentu, odzyskać teren.

Co powiedział Trump na temat obecności w Afganistanie? Będziemy ile trzeba.

Użycie przez Assada broni chemicznej miało być przekroczeniem czerwonej linii, po której nastąpi reakcja. Istnieją co prawda poważne wątpliwości, by to rzeczywiście Assad stał za chemicznymi atakami, niemniej świat zachodni przyjął to za pewnik.

Były prezydent nie zareagował, podczas gdy D.Trump od razu wysłał samoloty. Prawda, że była to bardziej akcja propagandowa, a nie faktyczne uderzenie militarne, niemniej świat utwierdził się w przekonaniu, że Trump nie rzuca słów na wiatr.

Swoistą personifikacją idei Trumpa odnośnie prowadzenia polityki zagranicznej, jest nowy doradca ds. bezpieczeństwa narodowego, John Bolton i jego słynne „To Stop Iran’s Bomb, Bomb Iran”.

W wersji niemilitarnej można to ująć następująco: uderz pierwszy i zdobądź tyle przestrzeni, by mieć z czego ustępować faktycznie nic nie tracąc.

Świetny przykład to… zapowiedź wprowadzenia ceł na stal i aluminium.

Świat zadrżał. Dyskusje, spory analizy. Po pierwszych groźnych pokrzykiwaniach różne kraje rzuciły się negocjować dwustronne umowy i kontyngenty.

Względem strategicznych partnerów wprowadzenie ceł odroczono, dając im czas do namysłu. Myśleć  oczywiście mają nad ustępstwami na rzecz przemysłu USA.

Oparcie dyplomacji na zasadzie „uderz, a potem negocjuj” wydaje się ryzykowne, mówimy tu jednak o nadal największej potędze militarnej świata.

Proszę spojrzeć na mapę Bliskiego Wschodu. Iran to duży, ludny kraj z bardzo młodą populacją i  aspiracjami mocarstwowymi. Czy rzeczywiście wstrzymał pracę nad bronią nuklearną jak dowodzą międzynarodowi inspektorzy? Zapewne jest to prawda, gdyż na tym porozumieniu Iran tylko zyskuje. Gospodarka Iranu nie może wykorzystać swojego potencjału w skutek ograniczeń narzuconych z zewnątrz, a umowy…cóż… kiedyś wygasają, a poza tym zawsze można je wypowiedzieć.

W pewnym sensie szkoda nam Irańczyków, gdyż na tle innych nacji świata islamu, mają oni chyba najbardziej „zachodnią” naturę, nie skażoną przy tym „wrednym” kapitalizmem.

Narzucanie przez jedne kraje innym swojej woli i dyktowanie niezawisłym państwom co mają robić jest oczywiście nieładne i fuj, bo z jakiej racji państwa które posiadają broń atomową zakazują innym jej posiadania. To w dzisiejszych czasach jedyny gwarant suwerenności.

Czy Rosja nie zastanowiłaby się dwa razy nad wkroczeniem na tereny Ukrainy, gdyby w zamian za gwarancję granic Kijów nie pozbył się swego czasu arsenału atomowego?

Piszemy tu jednak nie o ideałach, miłości, przyjaźni i innych pustych frazesach (w kontekście uprawiania polityki) służących zachwytom komentatorów, a o polityce amerykańskiej administracji, służącej utrzymaniu dominacji USA w świecie. Administracja ta nie raz już pokazała, że by utrzymać swoje strefy wpływów gotowa jest wszczynać konflikty, również zbrojne.

Dlaczego więc D.Trump zerwał porozumienie z Iranem?

Można by sprawę wytłumaczyć charakterem prezydenta, którego ego nie lubi gry zespołowej i zwykł on problemy rozwiązuje solo. Daje to pełną kontrolę sytuacji i 100% chwały.

Pewnie coś w tym jest ale z punktu widzenia geopolityki o wiele istotniejsza jest kwestia odbudowania amerykańskich stref wpływów, które administracja Obamy uszczupliła.

Akceptacja zerwania umowy przez Unię Europejską, będzie potwierdzeniem przywództwa USA w świecie zachodnim.

Jest jeszcze kwestia Izraela, dla którego obok wsparcia USA, bezwzględnym warunkiem istnienia jest zachowanie  militarnej dominacji w regionie. Oś Iran-Syria-Rosja to bezpośrednie zagrożenie.

Jak więc bardzo dziwną nie byłaby koalicja USA i Izraela z fundamentalną Arabią Saudyjską i jak by nam bardzo się nie podobało urządzanie przez USA świata po swojemu, to Trump broni po prostu w ten sposób interesów swojego kraju na Bliskim Wschodzie.

Po 1989 r. dominacja USA była niekwestionowana. Jednak brak zimnowojennego zagrożenia  przyczynił się do rozluźnienia kontaktów z Europą Zachodnią, Putinowi udało się ustabilizować sytuację w Rosji, przede wszystkim zaś Chiny osiągnęły pozycję drugiego rozgrywającego na światowej scenie.

To wzrost potęgi Chin spowodował, że B.Obama ogłosił (ogłosił!!!) przeniesienie ciężaru polityki zagranicznej w rejon Pacyfiku.

Jak najbardziej zrozumiałe skupienie uwagi na Chinach, poprzez swoją oficjalną formę, wzmocniło tylko poczucie odwrotu Stanów Zjednoczonych z innych części świata.

Przerażająco tragikomicznym symbolem nowej polityki było obwieszczenie B.Obamy w dn. 17 września (17 WRZEŚNIA!!!), o rezygnacji z budowy tarczy antyrakietowej w Europie.

Jeśli utrzymana ma być światowa dominacja USA, a ekspansja chińska powstrzymana, administracja amerykańska musi podkreślać swą obecność na wszystkich obszarach potencjalnych konfliktów.

To logiczna konkluzja po działaniach administracji poprzedniego prezydenta. Uzasadniona z punktu widzenia obrony interesów USA koncentracja sił i środków w rejonie Pacyfiku, nie przyniosła spektakularnych sukcesów. Państwo Środka systematycznie rośnie w siłę i powiększa wpływy gospodarcze i terytorialne.

Wspomnieliśmy już wcześniej o zadłużeniu USA w Chinach. Kupowanie amerykańskiego długu, m.in. przez Państwo Środka było jednym z głównych źródeł finansowania „wyjścia” z kryzysu 2008 r.

To z różnych względów nierealny scenariusz ale gdyby Chiny w akcie desperacji rzuciły na rynek posiadany przez siebie dług USA, to te ostatnie powinny upaść.

Sęk w tym, że straty samych Chin byłyby ogromne, a geopolitycznych konsekwencji nie sposób przewidzieć.

Rosnąca potęga Chin i wynikające stąd zagrożenia niepokoją oczywiście elity finansowo-polityczne  Stanów Zjednoczonych. Do niedawna nie było to tak oczywiste.  Nienaruszalność pozycji USA na świecie uzasadniano przekonaniem: „jak nie my to kto”.

Dla nas jednym z największych absurdów ekonomii światowej pierwszych lat nowego tysiąclecia, były słowa Alana Greenspana, który stwierdził, iż USA nie mogą zbankrutować, gdyż zawsze mogą dodrukować dolary… (wypowiedź z 2011 r. człowieka, który w praktyce decydował o światowej gospodarce w latach 90-ych).

„The United States can pay any debt it has because we can always print money to do that. So there is zero probability of default” said Greenspan on NBC’s Meet the Press”.

Co na to L.Balcerowicz? 😀

Inteligentnie prowadzona polityka Chin zachwiała tą pewnością, a specjalny niepokój powinny budzić wypowiedzi przedstawicieli władz z minionego i obecnego roku (dwie oddzielne wypowiedzi) iż armia i gospodarka chińska jeszcze długo ustępować będą amerykańskim odpowiednikom i USA nie mają się czego obawiać (po przetłumaczeniu: Macie się czego obawiać :D).

Chiny są niewątpliwie potęgą militarną i gospodarczą, stale rozbudowującą sieć sojuszy. Bezpośredni konflikt zbrojny byłby z oczywistych względów ostatnią wojną, stąd droga do globalnej dominacji wiedzie poprzez działania gospodarcze i ekonomiczne.

Świat stanie się w pełni dwubiegunowy, gdy Chinom uda się wprowadzić na światowe rynki alternatywną do dolara walutę. Powołanie Azjatyckiego Banku Inwestycyjnego to wyraźny krok w tą stronę.

To fakt z którego w USA zdają sobie doskonale sprawę i pytanie brzmi, jak daleko jest w stanie się Ameryka posunąć, by zapobiec wcieleniu go w życie.

Na koniec wątku chińskiego tylko nadmieńmy, że istnieją obiektywne czynniki mogące zahamować ekspansję Chin. Są to m.in. struktura demograficzna, zróżnicowanie społeczne, problemy wsi, oraz bezpośrednie sąsiedztwo Indii i Rosji.

Można zaryzykować stwierdzenie, że czynniki ekonomiczne co najmniej w równym stopniu co militarne przemawiają za obecnością Amerykanów w miejscach potencjalnych konfliktów. W naszej części świata oczywiście na plan pierwszy wysuwa się zagrożenie ze strony Rosji, nie wątpimy jednak, iż dyplomacja amerykańska uważnie obserwuje politykę państw europejskich względem Państwa Środka.

Antyrosyjska retoryka prezydenta, który podobno miał realizować rosyjskie interesy, zwiększa napięcia w naszej części świata. Czy nam się to podoba czy nie, jest to w naszym interesie, gdyż USA to jedyny potencjalny sojusznik, który mógłby udzielić nam militarnego wsparcia w konflikcie zbrojnym z Rosją.

Przyznajemy, iż szanse na to nie są wielkie, jednak ktokolwiek uważa, że kraje Europy Zachodniej przyszłyby nam z militarna pomocą, jest zwykłym mitomanem.

Spośród „frontów” które otworzył Trump, największą dynamikę wykazuje odcinek koreański. Ryzykujemy tym stwierdzeniem, ale strategia „nieobliczalnego prezydenta” wydaje się przynosić pozytywne efekty. Sytuacja zmienia się jednak z dnia na dzień.

Nikt z zewnątrz nie wie, jakie scenariusze omawiane są na szczytach władzy Korei Pn. Istnieje jednak możliwość, iż sytuacja ma swoją analogię z czasami afery Watergate i niedoszłym impeachmentem prezydenta Nixona. Podczas posiedzeń(-nia?) Biura Politycznego KC KPZR zastanawiano się podobno czy za aferą z podsłuchami nie kryje się jakiś podstęp amerykański. Starzy komuniści nie byli w stanie zrozumieć, by taki „drobiazg” mógł spowodować ustąpienie ze stanowiska przywódcy państwa.

Nie rozumieli realiów USA, zresztą brakiem takiej wiedzy wykazali się i późniejsi reformatorzy ZSRR z Gorbaczowem i Jelcynem na czele.

Naszym zdaniem istnieje możliwość, iż przywódcy Korei Pn. poważnie rozważają możliwość operacji militarnej USA. Cóż… Biorą to pod uwagę nawet niektórzy zachodni komentatorzy, opierając się oczywiście na „nieobliczalności” D.Trumpa.

Jaki byłby scenariusz takiego ataku?

W obecnej sytuacji, gdy Korea posiada broń atomową, atak rakietowy w rodzaju podejmowanych przez Izrael akcji odwetowych bądź uderzeń prewencyjnych, byłby wielkim ryzykiem. Gdyby bowiem nie unieszkodliwiono w pierwszym uderzeniu wyrzutni koreańskich, konsekwencje byłyby nie do przewidzenia.

Amerykańska akcja musiałoby zakładać operację lądową.

Oczywiście siły zbrojne Korei nie miałyby szans w starciu z amerykańską machiną wojenną, jednak podkreśla się, iż armia Kima jest bez porównania lepiej zorganizowana niż armia iracka, stąd straty byłyby nieuniknione.

Warunki naturalne, głównie brak pustyń umożliwiających likwidowanie przeciwników z odległości wielu kilometrów, nie sprzyjałyby przewadze amerykańskich technologii.

Oczywiście w trakcie operacji wojska ChRL wkroczyłyby na teren Korei pod jakimś pretekstem, ustanawiając w ten sposób granicę postępów wojsk inwazyjnych.

Czy prezydent USA zdecydowałby się na takie ryzyko? Nieobliczalny owszem.

Wraz z zaostrzaniem retoryki przez Trumpa Korea spuszczała z tonu. Jaka może być tego przyczyna, jeśli nie obawa przed lokatorem Białego Domu?

Ile już rozmów pokojowo-rozbrojeniowych miało miejsce do tej pory? Nic z nich nie wynikło. Od zawsze to Korea Pn. jest rozgrywającym w tym konflikcie i po każdej rundzie odprężenia wraca do zwykłej sobie polityki.

Zapewnienia przez Kima prezydenta Korei Pd. iż próby rakietowe nie będą mu już przerywać snu oraz serdeczna wręcz atmosfera podczas igrzysk, przypieczętowana spotkaniem szefów państw to klasyczne rozpuszczanie bryły lodu w stosunkach międzynarodowych.

I nagle… Korea uwalnia trzech obywateli USA. Jest to oczywiście taktyczna zagrywka przed spotkaniem Kim – Trump, jednak czy coś choć odrobinę porównywalnego z tym gestem miało miejsce w czasach sympatycznego Obamy?

Gdyby „bombowa” polityka Trumpa przyczyniła się do trwałego odprężenia na Półwyspie Koreańskim, rzeczywiście zasłużyłby na pokojowego Nobla.

Może to jednak tylko gra Kima?

Czy więc D.Trump ocali Amerykę?

Pewne jest, iż ekspansji Chin nie powstrzyma, najwyżej spowolni. Kluczowe w tym względzie będzie utrzymanie dotychczasowych sojuszników po swojej stronie, czemu arogancka postawa nie sprzyja. Z drugiej strony emocje muszą ustąpić twardym rachunkom.

Co oznaczałaby wojna celna z USA? Zacieśnienie współpracy z Chinami? Ostatnia wizyta A.Merkel w Chinach to wyraźny sygnał ostrzegawczy.

Czy znaczące państwa jak Niemcy, Francja czy Japonia, zdecydują się na konfrontacje z USA i związanie z nową potęgą?

Państwo Środka to inny świat, inna filozofia, inna rola jednostki i inne wartości niż wyznawane przez Zachód. To w końcu inna konstrukcja geopolityczna świata, która z racji już tylko na różnice obszarów państw, zredukuje „sojuszników” do roli satelitów. Czynniki te trzeba wziąć pod uwagę odwracając się od Stanów Zjednoczonych.

Wielu komentatorów wskazuje, iż nie da się cofnąć czasu i odrodzić produkcji przemysłowej w USA. My nie widzimy przeciwwskazań. Deficyt w handlu zagranicznym jest faktem, a jak już wspomnieliśmy, część państw, w obawie przed cłami, już zawarła porozumienie odnośnie zwiększenia importu z USA.

Zrównoważenie wymiany handlowej, jeśli do niej dojdzie z takimi partnerami jak Niemcy, musi odbić się korzystnie na gospodarce amerykańskiej. Zawsze też może się wydarzyć cud, jakim było pojawienie się technologii pozyskiwania gazu łupkowego, co po raz pierwszy w historii uczyniło USA eksporterem błękitnego paliwa i co z oczywistych względów stanowi ogromny bodziec dla gospodarki.

Ktoś powie, że siłą gospodarki USA są technologie i Dolina Krzemowa. Niewątpliwie. Gdzie są jednak produkowane owe wynalazki amerykańskich (często imigrantów) geniuszy? W Azji, w tym w Chinach.

Wynika to oczywiście z faktu, iż w Stanach koszty pracy są wysokie. Szantaż D.Trumpa, jeśli okaże się skuteczny, w jakimś stopniu złagodzi ten czynnik. Odbędzie się to oczywiście kosztem reszty świata, ale tu znów wchodzimy na teren kalkulacji zysków i strat.

Miliard Chińczyków zapewnia wierną klientelę rodzimym odpowiednikom amerykańskich potentatów technologicznych jak Apple, Google czy Facebook. Chiny nie potrzebują Zachodu, to raczej Zachód potrzebuje np. rzadkich metali, których wydobycie kontroluje Państwo Środka.

Skoro Chin nie da się powstrzymać i dwubiegunowość świata będzie się pogłębiać, Stany Zjednoczone muszą przygotować się na powtórkę z lat zimnej wojny i faktyczne funkcjonowanie obok siebie dwóch odrębnych systemów.

„Nieprzewidywalny” prezydent zapisałby się wybitnie w historii nie tylko Stanów Zjednoczonych, gdyby doprowadził do tego, że świat zachodni nie będzie potrzebował Chin.

Bez odbudowy przemysłu nie da się tego osiągnąć.

Jedna myśl nt. „Czy Donald Trump uratuje USA?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *